Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.

Dziwne przypadki/upadki

Moderatorzy: Staszek, Moderatorzy

Dziwne przypadki/upadki

Postprzez elmijakke » 5 sty 2008, o 22:20

Ponieważ każdy z nas ma jakiś (mniejszy lub większy) kontakt z końmi, proponuję abyśmy zamieścili tutaj najfajniejsze. najśmieszniejsze, najbardziej spektakularne zdjęcia z naszych końskich "przypadków". Pozwolę sobie rozpocząć moją próbą przejścia/skoku przez krzyżak w te wakacje (to był szereg, złożony z trzech krzyżaków ze wskazówkami między nimi). Ten prawie na ziemi to JA!!! :lol: :roll:
http://picasaweb.google.pl/elmijake/Upa ... 4965619954
cholera, nie wiem jak się zamieszcza zdjęcia na forum, zatem podaje linka
Avatar użytkownika
elmijakke
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 8 sty 2007, o 19:27
Lokalizacja: 1 pułk szwoleżerów

Postprzez Cezar » 6 sty 2008, o 00:29

mam nadzieję że nic się nie stało .
Ja nie mam zdjęcia ale po krótce opisze swój przypadek.Tym bardziej że koń stał spokojnie nie wzruszony ,a ja na nim walczyłem o życie :lol:
Otóż wsiadałem na konia ,duży był a puśliska stanowczo za krótkie i nie dało się ich w żaden sposób przedłużyć.Poprosiłem więc wuja by mi pomógł, fachowo podałem nogę by mógł mnie podsadzić..... a on po prostu mnie wrzucił na konia i jeszcze gdy byłem na górze mnie dopychał. :lol:
Lecąc na głowę z drugiej strony ,złapałem się z łęk przedni i pociągnąłem,udało mi sie wybronić i nie spaść ,jednak szlak trafił biceps który wziął i pękł :cry:
Potem szycie ,gips, i rehabilitacja ,pół roku zakazu podchodzenia do koni i podnoszenia czego kol wiek ręką ( do tego prawa ręka )
No ale jutro z rana pierwszy raz po tak długim czasie idę jeździć :grin:
Avatar użytkownika
Cezar
Ułan V
Ułan V
 
Posty: 47
Dołączył(a): 2 lis 2007, o 22:44
Lokalizacja: Warszawa

Postprzez elmijakke » 6 sty 2008, o 00:42

Powodzenia! (nie dziękuj)!
Avatar użytkownika
elmijakke
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 8 sty 2007, o 19:27
Lokalizacja: 1 pułk szwoleżerów

Postprzez Lach » 6 sty 2008, o 00:56

Troche temat rzeka, tymbardziej dla osob ktore w siodle maja dziesiatki lat.

Moj jak dotad jedyny upadek z konia [nie mylic z koniem takie juz mialem m.in. na asfalcie] to... na takiej milej klaczce co to jak jezdze za nia na innym koniu to zawsze musze dostac z kopyta, piesc, lydka cos sobie znajdzie:)
Wracajac do upadku, zatrzymala sie bez abs przed rowem z woda, to jeszcze wyratowalem na szyi ale wpadly jej przednie nogi do srodka i napilem sie trochu wody. Zdjecia brak bo to w terenie.
I tak skubana lubie.
Avatar użytkownika
Lach
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 200
Dołączył(a): 30 sty 2007, o 21:37
Lokalizacja: 5 PSK Tarnów

Postprzez Ułan świętokrzyski » 6 sty 2008, o 01:09

To było 31 lipca 1977 roku! Moje 21 urodziny! Po drugim roku studiów. Zjechałem rano do Zbrosławic - Zakład Treningowy Koni Akademicjuch Klubów Jeździeckich na obóz jeździecki! Pierwszy prawdziwy kontakt z jazdą konną! Dwa domki fińskie, stajnie w strachych zabudowaniach, jedna gdzieś dalej u ronika! Zapytał nas Emik Skomla, kto juz galopował na oklep! Zdarzyło mi się to na obozach harcerskich - parę fuli galopu więc sie zgłosiłem! "Idź do stajni za rzeczką i weż tego konia co stoi po prawej stronie. Pojedziemy w teren na oklep". Poszedłem, wziąłem. Pojechaliśmy. Wytrzymałem pierwszego kłusa! Na początku drugiego zdupczyłem sie upadająć na podwiniętą dłoń. Bolało mocno! Po jeździe okazało sie że koń ma na imię DEFEKT !!! Po dwóch miesiącach kiedy bół minął, ale ręka była nie całkiem sprawna, okazało się po prześwietleniu, że to poszła kośtka łódkowata lewego nadgarstka! O 9.00 w Poznaniu założyli mi gips na 4 miesiące, a o 21.00 jeździłem już w Zbrosławicach! Na Defekcie! I jakby nie patrzeć, coś w tym musiało być! W lipcu 2007 roku minęło już 30 lat.... A ja jeżdżę dalej ...
Avatar użytkownika
Ułan świętokrzyski
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 2629
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 15:30

Postprzez ref-ren » 6 sty 2008, o 11:20

Ułan z Pacanowa napisał(a):To było 31 lipca 1977 roku! Moje 21 urodziny! Po drugim roku studiów. Zjechałem rano do Zbrosławic - Zakład Treningowy Koni Akademicjuch Klubów Jeździeckich na obóz jeździecki! Pierwszy prawdziwy kontakt z jazdą konną! Dwa domki fińskie, stajnie w strachych zabudowaniach, jedna gdzieś dalej u ronika! Zapytał nas Emik Skomla, kto juz galopował na oklep! Zdarzyło mi się to na obozach harcerskich - parę fuli galopu więc sie zgłosiłem! "Idź do stajni za rzeczką i weż tego konia co stoi po prawej stronie. Pojedziemy w teren na oklep". Poszedłem, wziąłem. Pojechaliśmy. Wytrzymałem pierwszego kłusa! Na początku drugiego zdupczyłem sie upadająć na podwiniętą dłoń. Bolało mocno! Po jeździe okazało sie że koń ma na imię DEFEKT !!! Po dwóch miesiącach kiedy bół minął, ale ręka była nie całkiem sprawna, okazało się po prześwietleniu, że to poszła kośtka łódkowata lewego nadgarstka! O 9.00 w Poznaniu założyli mi gips na 4 miesiące, a o 21.00 jeździłem już w Zbrosławicach! Na Defekcie! I jakby nie patrzeć, coś w tym musiało być! W lipcu 2007 roku minęło już 30 lat.... A ja jeżdżę dalej ...



Jarku...

Gdybym mial wybrac jedna rzecz...
Chociaz nie raz zem byl pod gazem...
Z Shogunem tylko salta wstecz
................nie robilismy razem

/ref-ren/Szwajcaria
ref-ren
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 294
Dołączył(a): 16 sie 2006, o 13:57
Lokalizacja: Kraków

Postprzez Lookas » 6 sty 2008, o 11:25

Spadokoniarstwo jest w obrebie mojego koniarstwa działem moocno rozbudowanym elementem hobby:)
Latam od czasu do czasu, zazwyczaj za przyczyną klasycznej chwilowej dekoncentracji. Bez wiekszych skutków ubocznych ale za to widowiskowo:) Na przykład ostatnia zlotka odbyła sie w kłusiku, pełna swoboda i rozluźnienie i nagle kon odskakuje w bok a ja......dalej prosto:) Wodze w dłoni tylko......przyziemienie odbyło się w pozycji "do modlitwy" czyli wprost na kolana:) Zreszta pamietam sam moment tuz po przyziemieniu, reszte znam z opowiadań. Efekt: kolana pozdzierane jak za starych dobrych przedszkolnych czasów:) Po chwili znów w siodle i do końca jazdy bez ekscesów; niemal normalka:)

Flaszek i czekolad nie liczę bo juz nie pamietam ile ich powinno byc:) I zawsze powtarzam,ze lepiej zlecieć kilka razy niegroźnie, niz raz a "porzadnie". Bo takie cięzkie przyglebienie zazwyczaj kończy sie poważna kontuzją:( Jak choćby w przypadku Joli, która na wymarsz kadrówki pojechała 3 dni po takim upadku. Jest twarda, więc jakostam dała rade:) i nawet fotki przywieźlismy, ale co sie strachu najedlismy ( połamane wyrostki ościste dwóch kregów odcinka ledźwiowego) to nasze....
Pozdrowienia:)
Avatar użytkownika
Lookas
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 1194
Dołączył(a): 22 maja 2006, o 14:13
Lokalizacja: Poznań/Iwno

Postprzez Ułan świętokrzyski » 6 sty 2008, o 12:33

Święta racja! I ręka Opatrzności! To był mój pierwszy i najgrożnieszy jak dotąd upadek z konia! Kiedy doszedłem do 50 tego upadku - przestałęm liczyć! A co ma powiedzieć taki Andrzej Kisiel - nasz czołowy kaskader! A co powie Ref Ren o swoim upadku razem z koniem w ubiegłym roku? Ja osobiście Pau Bogu dziękuę za opiekę! A ostatni raz fiknąłem z konia podczas pokazu szarży w Kielcach 16 IX 2007 r. I oby zawsze tylko takie upadki! Skończyło sie na lekko przeciętym języku!
Avatar użytkownika
Ułan świętokrzyski
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 2629
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 15:30

Postprzez elmijakke » 6 sty 2008, o 14:08

Ha! Jednak każdy ma swoją opowieść/ci. Zdjęcie, które zamieściłem na początku to fajna fotka, ale jeżeli chodzi o straty to miałem tylko moralne :mrgreen: Natomiast na Hubertusie 2006 rzecz się już miała poważniej. Spędzałem go na Mazurach, dzień wcześniej spadł śnieg i przykrył cienką warstwą te wszystkie opadłe liście itd. Jechałem drugi za Masterem, który nie powiem dawał czadu, no i w pewnym momencie skręciliśmy w lewo, tzn Master skręcił, a ja z moim kasztanem "Sarmatą" wykonaliśmy małe rolowanie. Szybko wstaliśmy (choć bolało) Oczywiście moi współtowarzysze odśpiewali kilka złośliwych piosenek, ale nie zapomnieli poczęstować wiśniówką (chyba z 80% miała berbelucha), zatem pokrzepiony wsiadłem znowu na Sarmatę i pojechaliśmy na łapanie lisa. Cały wieczór spędziłem upojnie :lol:, co prawda nazajutrz bolało trochę bardziej, ale nic to. Dopiero wracając do Warszawy dwa dni później stwierdziłem, że jednak warto podjechać do ortopedy - bark okazał się złamany w dwóch miejscach :roll: co zaowocowało tym, że stałem się posiadaczem 3 nowych śrub w tymże miejscu! :wink: (dwa miesiące bez jazdy! :sad: :sad: :sad: )
Avatar użytkownika
elmijakke
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 1150
Dołączył(a): 8 sty 2007, o 19:27
Lokalizacja: 1 pułk szwoleżerów

Postprzez Łuki » 6 sty 2008, o 17:34

Lookas przesadza z tym jego spadokoniarskim hobby :) Ja tam widziałem tylko jeden jego upadek. Zresztą nawet ładnie mu to wyszło bo wylądował na dwóch dolnych kończynach. Praktycznie jakby zsiadł. Reszta jego rzekomych upadków to tylko plotki :)
Avatar użytkownika
Łuki
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 283
Dołączył(a): 16 lip 2007, o 16:04
Lokalizacja: Poznań / Konin

Postprzez pulkownik » 6 sty 2008, o 20:31

Jak wszyscy to i ja.

Nie mam wielkiego doświadczenia w tym względzie. Jednak ucałować matkę ziemię i ja też musiałem ! ... trzy razy w moim marnym życiu miałem przygodę, która mnie wysadziła z siodła czy też końskiego grzbietu.

Jeżdżę konno odkąd świat pamiętam to znaczy od mej rozkosznej maleńkości. Pierwsze lata były przebyte rzecz jasna bez siodła - co prawda miałem własnego konia, którego sprezentował mi mój zacny Dziadek ale siodła niestety nie otrzymałem.
Dziś uważam to za akt wielkiej roztropności bo były to lata decydujące o moich umiejętnościach. Wytrzymałe uda a przede wszystkim koncentracja sprawiają, że dziś radzę sobie w różnych sytuacjach - jakoś się trzymam.
Może też dlatego dziś tak surowo traktuję mojego syna Jana zmuszając go do jazdy na tzw. oklep.

Ale do rzeczy.
Wracając z jakiejś wędrówki po lokalnych jarach zapragnąłem wystraszyć mego kolegę galopując na oklep prosto na niego. Koleś nie w ciemię bity nie uciekał a wręcz dziarsko staną do walki wyrywając garść makowin z poletka za dróżką. Ja niczym rycerz do szarży pędząc wpadłem pod skosem w bruznę, koń się potknął a ja jak odpięty bezładny wór wpadłem wprost pod jego nogi. I nic w tym nie byłoby nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że mój bachmat przegalopował po moich placach a przecież ja spadając owinąłem się wokół jego szyi dziecięcym brzuchem do góry. Do dziś nie jestem w stanie pojąć co się tedy stało jednak pamiętam wystraszoną twarz mojego rywala trzymającego tryumfalnie wiązkę makowin w górze i moje sine plecy w lustrze. Koń pogalopował do swojej stajni a ja obolały udawałem w obawie o utratę konia, że nic mi ni jest.
Miałem tedy 11-12 lat a w tym wieku byłem już samodzielnym jeźdźcem pokonującym naprawdę duże odległości konno.

Jako dorosły człek miałem konno bardzo poważny wypadek. Pewnej pięknej jesieni zapragnąłem schłodzić me spocone ciało siłą wiatru. Pędząc niczym innym a cwałem po polnej utwardzonej drobniutkim żużelkiem drodze doznałem przeżycia, które nieraz wyrywa mnie ze spokojnego snu. Szlachetna klacz, której dosiadałem byłą moją towarzyszką wypraw od kilku już lat. Kasztanowata niewysoka kobyłka była bardzo pewnym koniem i nigdy do tego czasu mnie nie zawiodła. Tym razem jednak wypadek zmienił ten pewnik zaskakując nie tylko nas oboje.
Tak więc pędząc opisaną dróżką doznawałem uniesienia i rozkoszy jakim jest wolność. Przeżywając wspaniałe widoki, złote łąki i brunatne pola w oddali nie spodziewałem się tak drastycznego przerywnika . Moja kobyła nagle zgubiła swe zgrabne nogi - poszła na swój własny pysk !!! – Ja natomiast wyrwany siłami fizyki siodła kontynuowałem chłodzenie – niestety jednak już samotnie. Tnac powietrze mym ciałem miałem mnóstwo czasu na różne przemyślenia, niczym Ikar rozłożyłem ręce do lotu i tak ruchem posuwistym przywitałem ukochana matkę ziemię !!!
Było dobrze, zadarłem nawet brodę by uniknąć niemiłych rys na mojej gębie. Jednak w tej rozkoszy, zapomniałem, iż koziołkuje za mną moja o wiele większa niż ja towarzyszka kobyłka.
Jakież to było nie miłe kiedy kopyto tylnej nogi kobyłki wbiło się w moje obolałe ciało zatrzymując ten piękny szybki ślizg po dróżce bez źdźbła trawy. Przyciśnięty do ziemi jak rozdeptany robak leżałem w bezruchu..... Potem było ciemno a potem mrowienie w nogach i jeszcze ten dziwny smak. Wstałem jednak szybciej niż moja towarzyszka. Prawie z każdej mojej możliwej dziury za wyjątkiem ... sączyła się krew.
Spojrzałem na Herę, widok był okropny. Klacz miała zdarty cały łeb i wierzch zadu z nasadą ogona. Po wstępnych oględzinach kobyłki i przeprowadzeniu jej przez kilkanaście metrów w szoku postanowiłem wracać na jej grzbiecie. Jakiż byłem zdziwiony gdy ujrzałem strzemię. Cóż za siła zgięła tak solidny kawał żelastwa, strzemię było tak pogięte, że stopki stykały się ze sobą. Nie wspomnę o stanie siodla, które po dziś mam i służy mi jedynie jako szkolnik dla młodych koni.

Kilka miesięcy moja psychika dochodziła do siebie, kobyłki zapewne też. Moje fizyczne urazy okazały się niewielkie, choć wyciąganie żużlowych drobin z moich dłoni i ramion były bolesne. Siniaki a właściwie siniak pokrywający cały front mojego ciała nie pozostawił śladu. Badaniom nie poddałem się w obawie o ewentualny zakaz podróżowania w siodle. Z Herą więcej nie miałem do czynienia mimo, że jeszcze sprawnie woziła jeźdźców. Padła po tym jak wyszła z boksu i zjadła zboże, przygotowane dla innych zwierząt.

Trzecie i ostatnie moje rozstanie z siodłem opisał K.Kordalski w swojej książce. Było to ładnych kilka lat temu.
Nasza cwałująca wąwozem trójka cieszyła się ferworem rywalizacji. Ścigała nas grupa przyjaciół w czasie jednego z naszych kresowych rajdów. Jadąc trzeci w kolejności zostałem zaskoczony wywrotką mojego kompana. Jego klacz wraz z nim pośliznęła się zadem i oboje legli obok mazi polnej dróżki. Wiedząc, że moja cudna Orchidea nie ma w zwyczaju zatrzymać goniąc pierwszego konia znalazłem się w poważnych tarapatach ! klacz nieszczęśnika wstały w poprzek drogi z wypiętym dupskiem ! stanąłem w obliczu poważnej kolizji. Chcąc uniknąć zmiażdżenia mojej kończyny uniosłem ja do góry licząc, że ominę kształtny zad Asturii. Byłem prawie u celu kiedy z braku kilku centymetrów z galopu zostałem wyrzucony w powietrze ! niczym kopnięta piłka zwiedziłem gąszcz starodrzewu nad drogą – ponoć gdyby nie wodze umarł bym z głodu w powietrzu. .... Nie wiem do dziś ile czasu trwał ten lot, jednak lądowanie było precyzyjne i nie pozostawiło śladu nawet na moim wdzianiu.
.................... . Gdy grupa jeźdźców nas doszła obaj z Kordalskim byliśmy już w kulbakach dumnie udając wygraną.

Nie mając innych takich przeżyć a prutając dość dużo konno czekam na tzw. kumulację w lotka. Mam nadzieję, że los mnie oszczędzi i nie będzie to publiczna nauczka pokory. BO PRZECIEŻ JA NIE SPADAM !

Pozdrawiam i wybaczcie za dłużyzny ale to wyciąg z moich pamiętników.

Mój syn raz jedyny zlądował z kobyłki, była to noc a gruchną zdrowo bo kobyła nagle wstrzymała się i dała z tzw zadu. Dziecko płakało trzymając się za swą rączkę. Okazało się że nic mu nie było. Gdy leżąc z nim wieczorem przed kominkiem zapytałem o ból odpowiedział : „ tato boli mnie ta ręka ale ja nie płaczę z bólu tylko mi tak strasznie wstyd, że spadłem”

Pozdrawiam
pulkownik
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 615
Dołączył(a): 4 sie 2006, o 18:22
Lokalizacja: Komarów

Postprzez Lach » 7 sty 2008, o 11:51

Wstyd to jest krasc i dac sie zlapac, nie z konia spac.
Avatar użytkownika
Lach
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 200
Dołączył(a): 30 sty 2007, o 21:37
Lokalizacja: 5 PSK Tarnów

Postprzez Ułan świętokrzyski » 7 sty 2008, o 14:25

Święta prawda! I jeszcze jak się z dobrego spadnie - to zaszczyt!
Avatar użytkownika
Ułan świętokrzyski
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 2629
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 15:30

Postprzez pulkownik » 7 sty 2008, o 14:55

Też mam takie zdanie. Jednak mimo wszystko lepiej nie spadać. Mały jest ambitny a to dobrze.
pulkownik
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 615
Dołączył(a): 4 sie 2006, o 18:22
Lokalizacja: Komarów

Postprzez ref-ren » 7 sty 2008, o 18:47

pulkownik napisał(a):Też mam takie zdanie. Jednak mimo wszystko lepiej nie spadać. Mały jest ambitny a to dobrze.




Szanowni Panowie Ulani...


Czytam Was i nie pojmuje powodu dla ktorego tak beztrosko i lekcewazaco niemal traktujecie wypadki podczas jazdy konnej. To moze byc smieszne ... ale do czasu.
Osobiscie trzy razy mialem powazne wywrotki z koniem. Trzy razy "ucieklem grabarzowi
z pod lopaty" ale znalem takich, ktorym to sie niestety nie udalo. Jeden z nich zostal
patronem niniejszego Forum.

Serdecznie pozdrawiem i rozsadku zycze w Nowym Roku...

/ref-ren/Szwajcaria
ref-ren
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 294
Dołączył(a): 16 sie 2006, o 13:57
Lokalizacja: Kraków

Następna strona

Powrót do Konie

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość

Tablice Ramki Reklamowe Aluminiowe Plastikowe, Agencja Fine, Staropolska, Projekty Domów Drewnianych, Projekty Domów Drewnianych, Producent Kopert, Koperty, Ramki Aluminiowe, Stojaki na foldery, Ramki Plastikowe, Stojaki z plexi, Ramki Reklamowe, Stojaki Plakatowe, Potykacze, stojaki, tablice, ramki, akcesoria reklamowe, Stojaki i tablice przymykowe, Tablice przymykowe OWZ, Stojaki Typu A Potykacze, ¦ciana prezentacyjna, Stojaki plakatowe, Stojaki plakatowe niskie, Stojaczki plakatowe, Stojaki plakatowe Wysokie, Stojaki na plakat i foldery Niskie, Stojaki na plakat i foldery Wysokie, Ramki reklamowe, Ramki sprężynkowe, Ramki aluminiowe, Ramki plastikowe, Stojaki i wieszaki na foldery, Wieszaki na foldery, Stojaki na foldery Niskie, Stojaki na foldery Wysokie, Wyroby z PCV i plexi, Stojaki i tabliczki z plexi, Kieszenie plakatowe z PCV bezbarwnego, Akcesoria reklamowe, Informacja przydrzwiowa,
cron