Ważne: nasze strony wykorzystują pliki cookies. Wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Zapoznaj się z polityką prywatności.

Wspomnienia

Moderatorzy: Staszek, Moderatorzy

Postprzez Lucas » 15 gru 2009, o 11:23

bezcenne wspomnienia.... dzięki Stachu
Avatar użytkownika
Lucas
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 811
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 13:22
Lokalizacja: ułan Kawalerii KOP (8 PU) z Nowego Sącza

Postprzez Ułan świętokrzyski » 15 gru 2009, o 18:01

Ja też Stasiu dziekuję! Sądzę że moich wspomnień ze szwadronu nikt nie będzie publikował.
Avatar użytkownika
Ułan świętokrzyski
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 2634
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 15:30

SŁUŻBA I SZKOLENIE KAWALERZYSTÓW II RP

Postprzez Lucas » 11 sty 2010, o 13:52

Zasadnicza służba czynna szeregowych w kawalerii nie wynosiła nigdy mniej niż 22 i pół
miesiąca ( od początku listopada do połowy września ). Rekruci przybywali do pułków
kawalerii w listopadzie na mniejsze zwolnionego we wrześniu starszego rocznika. Wśród
powoływanych dominował element wiejski. Wszyscy, niezależnie od pochodzenia
społecznego i narodowości byli traktowani równo i sprawiedliwie. Po przybyciu rekrutów
rozdzielano na poszczególne szwadrony. Okres rekrucki trwał od początku listopada do końca
grudnia, kiedy to następowała przysięga.
W pułku prowadzone były zajęcia praktyczne i teoretyczne. Oto normalny program dnia
pracy na przykładzie 7 Pułku strzelców Konnych z Wielkopolskiej Brygady Kawalerii:
5. 30 - pobudka, strzelcy ubierają się i ścielą łóżka; zbiórka i wspólny śpiew „ Kiedy
ranne wstają zorze”,
6.00 – 7.00 – pojenie, czyszczenie i karmienie koni,
7.00 – 7.45 – mycie, śniadanie, przygotowanie do ćwiczeń,
7.45 – 8.00 – przegląd przed ćwiczeniami,
8.00 – 8.45 – gimnastyka lub woltyżerka,
8.45 – 9.00 – siodłanie koni,
9.00 – 10.30 – jazda konna lub musztra konna
Jeden raz w tygodniu w godzinach 8.15 – 10.45 ćwiczenia bojowe konne. 10.45 – 12.00 –
czyszczenie, pojenie i karmienie koni. W tym samym czasie ćwiczenia strzeleckie dla
słabszych. Dwa razy w miesiącu przeprowadzano na strzelnicy w godzinach 8.00 – 12. 00
strzelanie ostre. W tym dniu nie było jazdy konnej i popołudniowych zajęć teoretycznych,
gdyż czas ten był przeznaczony na czyszczenie i przegląd koni.
12.00 – 14.00 – przerwa obiadowa
14.00 – 17.00 – zajęcia teoretyczne:
· Dwa razy w tygodniu regulamin służby wewnętrznej, wartowniczej oraz
nauka o Polsce,
· Trzy razy w tygodniu wyszkolenie strzeleckie i nauka o broni po dwie
godziny oraz musztra piesza po jednej godzinie,
17.00 – 17.30 – przerwa po ćwiczeniach,
17.30 – 18.30 – pojenie, czyszczenie i karmienie koni,
18.30 – 19.00 – kolacja,
19.00 – 20.00 – czas wolny,
20.00 – 20.30 – naprawa umundurowania,
20.30 – 20.45 – odczytywanie rozkazu, omówienie ćwiczeń na dzień następny, wspólny
śpiew „Wszystkie nasze dzienne sprawy”,
20,45 – 21.00 – mycie się, gaszenie świateł.
W każdą sobotę całe popołudnie przeznaczone było na porządkowanie szafek, mycie
okien, korytarzy i schodów oraz rejonu koszar. Po zakończeniu tych czynności strzelcy
udawali się do łaźni, a następnie otrzymywali zmianę bielizny.
Obok zajęć czysto wojskowych związanych ze służbą, program szkolenia umożliwiał
analfabetom i półanalfabetom zdobycie podstawowego wykształcenia codziennie z wyjątkiem
sobót i niedziel. Żołnierze ci byli zwolnieni od wieczornego czyszczenia i karmienia koni. Te
czynności wykonywali ich koledzy. W tym czasie Biały Krzyż prowadził dla nich naukę w
zakresie szkoły podstawowej. Po jej zakończeniu otrzymywali, w zależności od wyników
egzaminu, świadectwo ukończenia odpowiednich oddziałów szkoły.
Codzienny czas wolny strzelcy mogli spędzić w świetlicy, gdzie były do ich dyspozycji
biblioteka i prasa. Biały Krzyż finansował i organizował również niedzielne przedstawienia
popołudniowe dla żołnierzy w teatrach oraz seanse kinowe.
Indywidualne przepustki na wyjścia z koszar otrzymywali strzelcy w niedzielę i święta do
godziny 24.00. Od godziny 14.00 – 18.00 mogli wyjść w tych dniach bez przepustki, po
zgłoszeniu się u podoficera służbowego, który był odpowiedzialny za wygląd zewnętrzny
żołnierza opuszczającego koszary.
Przysięgę rekruci składali w grudniu i już w tym samym miesiącu otrzymywali pierwszy
urlop świąteczny w dwóch turnusach : z pierwszego korzystali rzymsko- katolicy, z drugiego
greko-katolicy i prawosławni. Żołnierze wyznania mojżeszowego wyjeżdżali na urlop na
swoje święta. Ponadto można było uzyskać urlop specjalny jako nagrodę. Podczas całej
służby, jeśli nie zakłócało jej przebiegu, mogli brać udział w obrzędach religijnych.
W tym czasie, gdy młodszy rocznik odbywał okres rekrucki, ułani starszego rocznika
pełnili przydzielone im funkcje i stosownie do tego, przechodzili jednocześnie wyszkolenie
specjalistyczne. W zależności od wyników szkolenia wojskowego oraz odpowiednio do
posiadanych w cywilu kwalifikacji ( co się zdarzało rzadko ) byli wyznaczani na : pisarzy
szwadronowych, sanitariuszy medycznych, i weterynaryjnych, podkuwaczy, kucharzy,
trębaczy, luzaków, ordynansów i taborytów. Prawie połowa starszego rocznika musiała iść na funkcje i dopiero z reszty tworzono plutony liniowe, w których pogłębiano specjalistyczne
wyszkolenie bojowe.
W okresie rekruckim, przez trzy miesiące w roku, pułki miały najniższą siłę bojową,
ponieważ rekruci nie opanowali jeszcze podstawowego wyszkolenia, a starszego rocznika
tylko połowa pozostawała w linii. Przed wyjściem na letnią koncentrację łączono plutony
młodszego i starszego rocznika ze sobą i przeorganizowano szwadrony, aby osiągnąć
zdolność wykonywania zasadniczych zadań bojowych.
Szkolenie żołnierzy pierwszego rocznika w poszczególnych pułkach kawalerii było
znormalizowane. Oto jego przebieg w 7 Pułku Strzelców Konnych z Wielkopolskiej Brygady
Kawalerii.
Od marca każdy szwadron przeprowadzał raz w tygodniu ćwiczenia bojowe konne i
piesze, na co przeznaczony był jeden cały dzień oraz jedno nocne ćwiczenie piesze. Od
kwietnia odbywały się raz w miesiącu ćwiczenia konne i piesze w składzie całego pułku .Od
maja były przeprowadzane ćwiczenia garnizonowe, w którym brały udział poszczególne
szwadrony oraz strzelania bojowe dwa razy w miesiącu na strzelnicy w obozie ćwiczeń. W
czerwcu i lipcu pułk ćwiczył przeprawy przez Wartę raz w tygodniu oraz odbywał strzelania
bojowe w ramach pułku. W sierpniu pułk wychodził na sześciotygodniowe manewry
corocznie w inny rejon. Manewry kończyły się większymi ćwiczeniami trwającymi 10 do 14
dni. W czasie manewrów pułk brał udział w forsowaniu rzeki w dzień i w nocy wpław, w
ramach brygady odbywał także ostre strzelanie z udziałem artylerii i lotnictwa.
Podstawowe szkolenie ułanów zamykało się w pierwszym roku służby ,drugi rok
przeznaczony był na doskonalenie zdobytych umiejętności. Pułk osiągał dyspozycję bojowa
na początku drugiego roku szkolenia.
Podstawowym elementem wyszkolenia kawalerzysty była jazda konna, a koń
nieodłącznym towarzyszem służby, otoczonym swoistym kultem. Wojsko było zaopatrywane
w konie przez stadniny państwowe, majątki oraz chłopów hodowców. Zakupu dokonywały
specjalne komisje złożone z najwyższej klasy fachowców. Zadaniem komisji był wybór
najlepszych koni oraz ich klasyfikacja prowadzona pod kątem wojskowej użyteczności.
Biorąc za punkt wyjścia cechy fizyczne zwierząt wyodrębniono cztery typy konia
wojskowego: wierzchowy, artyleryjski, taborowy i juczny. Za wierzchowe płacono
przeciętnie 600 złoty podczas gdy dobrego konia roboczego można było kupić za 200 złoty.
Wojsko kupowało zasadniczo trzylatki, które przed osiągnięciem tego wieku nie mogły być
przeznaczone do jakiejkolwiek pracy, ani ujeżdżone przez hodowcę. Pułk otrzymywał co
roku około 40 koni, przy czym dbano, aby każdy szwadron miał konie tylko jednej maści.
Przydzielone konie otrzymywały indywidualne nazwy, zaczynające się dla danego rocznika
od tej samej litery. Imię starano się dobierać odpowiednio do wyglądu lub charakteru konia,
ale określało ono jego wiek. Ujeżdżanie młodych koni tzw. remontów w warunkach
pokojowych trwało dwa lata. Odbywało się to w szwadronie zapasowym pułku. Najlepsze
konie ujeżdżali podoficerowie, a czasem młodsi oficerowie, resztę koni najlepsi jeźdźcy ze
starszego rocznika. Do linii młody koń przychodził po ukończeniu szkoły i służył do wieku
12-14 lat. Po stwierdzeniu nie przydatności do dalszej służby konie podlegały
wybrakowaniu. Po jesiennych manewrach były sprzedawane na licytacji.
Pielęgnacja konia zajmowała ułanowi dziennie około trzy i pól godziny. Koń był pojony i
karmiony trzy razy dziennie, a czyszczony raz dziennie. Dzienna norma wyżywienia konia
wierzchowego wynosiła 4,5 kg owsa, 4 kg siana i 4,5 kg słomy. W zależności od wysiłku na
ćwiczeniach i kondycji indywidualnej konia normę tę zwiększano lub zmniejszano, dlatego
też podoficer furażowy miał sporządzona listę żywienia i według niej wydawał ułanom furaż
dla koni. Kilkakrotnie w ciągu roku powoływana była przez dowódcę pułku komisja,
oceniała: kondycję, pielęgnację i kucie koni. Na podstawie jej orzeczeń dokonywano
klasyfikacji szwadronów. Jej ocena miała wpływ na opinie dowódców szwadronów,
plutonów, a szczególnie wachmistrza – szefa i zastępców dowódców plutonów. Najlepiej o
wartości i kulcie konia w kawalerii świadczy żelazna zasada, która głosiła: „w warunkach
polowych najpierw muszą być oczyszczone, napojone i nakarmione konie, po nich
doprowadzone do nienagannego stanu broń i rynsztunek, potem karmi się ułanów i dopiero
wtedy oficer może pomyśleć osobie”
.
Głównym ośrodkiem szkolenia i doskonalenia kadry dowódczej kawalerii było Centrum
Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Znajdowały się tam następujące szkoły: Szkoła
Podchorążych Kawalerii, Szkoła Podchorążych Rezerwy, oraz organizowano specjalistyczne
kursy doskonalenia umiejętności oficerów i podoficerów. Rocznie szkolono średnio około 70
oficerów zawodowych i 400 podchorążych rezerwy. Skład narodowy podchorążych był
zdecydowanie polski. Nieliczna była grupa absolwentów Centrum Wyszkolenia Kawalerii
wywodzących się z mniejszości narodowych. Charakterystyczny był tez skład klasowy
podchorążych zawodowych, bardziej ujawniający elitarny charakter kadry oficerskiej
kawalerii w porównaniu z korpusem oficerskim innych rodzajów broni. Rekrutowali się oni w
większości z rodzin inteligenckich, urzędniczych, posiadających wielkie majątki lub tradycje
wojskowe. Niewielu było podchorążych z pochodzeniem kupieckim, rzemieślniczym czy
chłopskim. Przeszkolenie i doskonalenie oficerów i podoficerów regulował ustalony w
każdym roku budżetowym plan kursów7. Na zakończenie szkolenia w szkole podchorążych
zawodowych składano egzaminy z osiemnastu przedmiotów. Cztery z nich składano w polu :
terenoznawstwo, wyszkolenie bojowe, wyszkolenie strzeleckie oraz jazda konna i władanie
biała bronią. Pozostałe w murach szkoły a obejmowały one następujące przedmioty : ogólną
organizację wojska, organizację i taktykę współdziałania z piechotą, artylerią, bronią
pancerną, lotnictwem, bronią chemiczną, pionierami oraz łącznością, administracją
wojskową, wychowanie obywatelskie i wojskowe, historie wojen i wojskowości, hipologię,
psychologię i dydaktykę oraz geografię wojskową. Po egzaminach podawano do wiadomości
lokaty z jakimi podchorążowie ukończyli naukę. Miało to wpływ na otrzymanie przydziału
służbowego. Po opuszczeniu Centrum Wyszkolenia Kawalerii oficerowie trafiali do
jednostek liniowych.
Dzień pracy, oprócz niedzieli i świąt, zaczynał się o godzinie szóstej ujeżdżaniem
remontów, a kończył o siedemnastej treningiem koni sportowych i przygotowaniem ich do
zawodów. Czas między tymi godzinami z przerwą na obiad od godziny dwunastej do
czternastej, wypełniało zgodnie z programem dziennym intensywne szkolenie ułanów oraz
kadry dowódczej. Praktycznie biorąc oficerowie byli wolni po godzinie osiemnastej, ale
tylko ci, którzy nie mieli służby w szwadronach. Służbę pełnili od pobudki do capstrzyku, od
godziny piątej trzydzieści do dwudziestej czterdzieści pięć. Jeżeli w szwadronie był jeden
młodszy oficer prowadził on przy pomocy podoficerów – instruktorów całość szkolenia
bojowego i strzeleckiego, musztrę konną i pieszą, naukę regulaminów i naukę o Polsce dla
obu roczników ułanów. Jeśli szwadron miał dwóch oficerów, jeden z nich obejmował
dowództwo plutonu i prowadził szkolenie starszego, a drugi młodszego rocznika.
Każde ćwiczenie wymagające precyzyjnego wykonania np. strzelanie na strzelnicy lub
bojowe na poligonie, poszczególne elementy władania białą bronią, pierwszy wykonywał
zawsze dowódca plutonu, po nim podoficerowie, a dopiero potem ułani. Wymagało to
utrzymania dobrej formy i stałego treningu. Dowódca szwadronu wydawał wytyczne do
szkolenia w plutonach i kontrolował ich wykonanie. Po zakończeniu szkolenia w plutonach
zajmował się ich zgraniem w szwadronie. Poza tym przy pomocy wachmistrza – szefa i
podoficerów broni oraz podoficera gospodarczego kierował gospodarką szwadronu i
sprawował nad nią stały nadzór. Raz na dwa tygodnie odbywały się dla oficerów ćwiczenia
taktyczne na mapie lub wykłady na tematy ogólnowojskowe. W tym czasie szkolenie w
szwadronach prowadzili podoficerowie. W soboty zajęcia trwały tylko do południa. Po
obiedzie cały szwadron był do dyspozycji wachmistrza - szefa, który nadzorował robienie
porządków w miejscu zakwaterowania szwadronu. Oficerowie mieli wolny czas i mogli nim
dysponować wedle swojego uznania. W okresie zimowym odbywały się ćwiczenia
aplikacyjne na mapie plastycznej dla oficerów i podoficerów. Każdy z nich musiał opracować
temat tzw. pracy zimowej, wyznaczonej oddzielnie dla oficerów i podoficerów. Prace te były
oceniane przez komisje w pułku i brygadzie. Autorzy najlepszych prac otrzymywali jako
nagrodę dodatkowe dwa tygodnie urlopu.

autor tekstu:
mgr Piotr Zajęcki
nauczyciel historii w Gimnazjum nr 13
w Częstochowie


autor korzystał z następujących pozycji:
1 . Polskie Siły Zbrojne w II wojnie światowej, T. I, cz. I, Londyn 1951, s. 155
2 . H. Smaczny, Księga Polskiej Kawalerii 1914-1947, Warszawa 1989, s. 58
3 . Z. Szacherski, Wierni przysiędze, Warszawa 1968, s. 19-20
4 . G. Cydzik, Ułani, ułani, Warszawa 1982, s. 68
5 . Z. Szacherski, Wierni ..., s. 20
6 . G. Cydzik, Ułani..., s. 75-78
7 . Z. Szacherski, Wierni..., s. 21
W. Kucharski, Kawaleria i broń pancerna w doktrynach 1918-1939, Warszawa 1984, s. 123
8 . E. Kozłowski, Wojsko Polskie 1936-1939, Warszawa 1974, s. 158
9 . G. Cydzik, Ułani..., s. 54-55
Avatar użytkownika
Lucas
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 811
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 13:22
Lokalizacja: ułan Kawalerii KOP (8 PU) z Nowego Sącza

Re: Wspomnienia

Postprzez Staszek » 17 cze 2010, o 19:50

Pierwsze spotkania z Konarmią pułków 1 Dywizji Jazdy

„…W tym czasie armia konna już się przeprawiała przez Dniepr – nie w Kijowie i Czerkasach jak pierwotnie planowało dowództwo rosyjskie – lecz w Kremeńczugu i Jekaterynosławiu…
Na skutek nadchodzących wiadomości o armii konnej, 4 brygada otrzymała w dniu 19 maja rozkaz wysłania po jednym szwadronie z każdego pułku na dalekie rozpoznanie aż do przypuszczalnej linii rozwinięcia armii konnej Humań – Jelizawetgrad oraz koncentracji piechoty w rejonie Czerkasy – Ćwietkowo w celu osiągnięcia bezpośredniego kontaktu z nieprzyjacielem. Z 9 pułku poszedł 3 szwadron por. Tatary w kierunku Stebłów – Szandorówka – Olszana – Szpoła. Szwadron doszedł do Tołstego, rozbił tabory piechoty, wziął jeńców, ale nie natknął się na armię konną. Meldował ruchy oddziałów piechoty posuwających się ofensywnie w górę biegu Rosi. 3 szwadron 14 pułku szedł na Medwin – Lisiankę – Zwienigródek – Jurkówkę. Nie doszedł do celu na skutek kilku spotkań z podjazdami nieprzyjaciela. Stracił poważnie rannego ppor. Zarembę, który został odesłany podwodą z konwojem. Mimo konwoju wpadł on w zasadzkę koło Medwina i dostał się do niewoli. Szwadron osiągnął kontakt z nieprzyjacielem ale daleko od jego bazy wyjściowej.
Szczęście sprzyjało 1 szwadronowi 8 pułku ułanów (por. Franciszek Łukasiewicz). Miał iść przez Bojarkę i Ryżanówkę do stacji Talne. Ostrzeżony przez ludność, że koło Medwina kręcą się podjazdy nieprzyjacielskie, zaszył się od razu w step, przekroczył Gniły Tykicz poniżej Kosiakówki i zniknął w licznych tam parowach i jarach. Pierwszą noc spędził w bogatym, samotnym chutorze. Był to cudowny nocleg wśród śpiewu słowików i odurzającego zapachu sadu. Ale nad wszystkim górowała gościnność gospodarza, bogatego Ukraińca, który mimo przednówka obficie nakarmił 80 koni i ludzi, a z dowódcą omówił dalszą jego drogę jarami do Ryżanówki i Talnego. Największą zaś niespodziankę miał Łukasiewicz, gdy szykując się do odmarszu o świcie chciał rozliczyć się z gościnnym gospodarzem z furażu i jadła. Ten ciężko obrażony nie tylko odmówił przyjęcia czegokolwiek, ale wyprosił sobie stanowczo wszelkiej rozmowy na ten temat. „Wy nas bronicie, a ja tylko wykonałem mój skromny obowiązek” – oświadczył on i serdecznie pożegnał Łukasiewicza, jego oficerów i ułanów. Pod tak szczęśliwą gwiazdą dotarł szwadron wczesnym popołudniem pod Ryżanówkę.
Łukasiewicz posuwając się sam jeden linią grzbietów, z szwadronem ukrytym w głębi jaru, z daleka zauważył nadciągający podobnym, kozackim sposobem, szwadron nieprzyjacielski. Między nimi leżała dość obszerna równina, którą nieprzyjaciel musiał przejść, jeżeli dążył do któregoś z zagłębień od północy tu się zbiegających. Była to jedyna okazja spotkania przeciwnika o równej sile i wypróbowania jego ochoty do walki, tym bardziej że daleko za Ryżanówką widać było większy ruch wojsk. Uszykował więc swój szwadron w ukryciu tuż za krawędzią podwyższenia terenu, a sam głowę tylko wystawił ponad krawędź i czekał.
Nie omylił się. Istotnie przeciwnik maszerował prosto na jego szwadron. Widocznie chciał skorzystać z tej samej ukrytej drogi, którą ostatniej nocy doradził naszym ułanom ów gościnny gospodarz ukraiński. Łukasiewicz cierpliwie czekał tak długo, aż go nie dojrzał przedni patrol Budiennowców. Wówczas, jakby nigdy nic, zakomenderował „stępem marsz” i wyjechał na powierzchnię równiny jakby spod ziemi, udając że jest równie zaskoczony jak przeciwnik. Gdy tenże rozwinął się do szarży, Łukasiewicz przeszedł w kłus. Nieprzyjaciel tak samo. Gdy jednak zakomenderował galopem marsz, zaszła niespodzianka. Nieprzyjaciel udał spłoszonego i wycofał się galopem, ale uczynił to tak porządnie i dziwnym trafem rozdzielając się na dwie grupy, że Łukasiewicz łatwo się domyślił iż jest to tylko podstęp. Natychmiast przeszedł w kłus, a gdy zauważył podejrzane pojazdy w luce między dwoma grupami, dał znak szablą „w tył zwrot” i zakomenderował „ława kłusem”. Zaledwie to uczynił, gdy posypał się za szwadronem grad pocisków z dwóch karabinów maszynowych – na szczęście mało celny, jeden koń tylko został lekko ranny. Łukasiewicz nie pozwolił galopować, aby nieprzyjaciel nie miał radości widzenia uciekających Polaków, ale cieszył się gdy po kilku minutach dotarł do znanego już sobie jaru. Wciąż oglądając się zorientował się, że nieprzyjaciel go nie ściga. Toteż po kilku zakrętach jaru przeszedł w stęp, aby konie odetchnęły; samowtór tylko z najlepszym swoim szperaczem, jechał górą i obserwował tyły.
Zadanie swoje spełnił. Dotarł do większych sił nieprzyjacielskich, poznał ich taktykę a nawet zobaczył ich niebezpieczną nową broń w akcji. Były to słynne taczanki Budiennego, karabiny maszynowe na resorowanych wózkach, dzięki czemu mogły w ruchu strzelać. Ale z powodu tych resorów strzelały bardzo niecelnie, czego jeszcze nie wiedzieliśmy wówczas, raczej cieszyliśmy się naszym dziwnym żołnierskim szczęściem – niewielkimi stratami w spotkaniu z nimi. Po marszu do późnej nocy, szwadron wypoczął biwakując w jakimś jarze nad rzeczką i następnego dnia (21 maja), po 140 km marszu bez dalszych przeszkód dotarł do pułku.

W tym czasie 14 pułk ułanów dokonał zagonu na Medwin w celu odbicia por. Zaremby, niestety bezskutecznie. Był on już wywieziony przez swoich oprawców. Ludność miejscowa zeznała, że go bardzo ostro przesłuchano. Zachodziło podejrzenie, że był torturowany. Pułk nic więcej nie mógł dla niego zrobić (Zaremba odnalazł się szczęśliwie po wojnie, ale był już nieuleczalnym inwalidą). Tego samego wieczoru 20 maja, został zaalarmowany mój szwadron (4 szwadron 8 pułku) i zostałem wysłany do Koszowatej, równie wielkiej wsi, w pół drogi do Medwina, aby strzec dróg odwrotu 14 pułku oraz szwadronu Łukasiewicza. Naturalnie, że nie pokazałem się we wsi, lecz zająłem pozycję w jakimś ukrytym jarze przy rozwidleniu dróg obu oczekiwanych oddziałów i spędziłem w nim najbardziej czarującą noc mojego życia.
Szwadron biwakował. Nieliczne, dobrze ukryte posterunki alarmowe czuwały, ułani spali przy koniach z wodzami w ręku, a ja leżałem wpatrzony w czarne, złotymi gwoźdźmi gwiazd ubrane niebo i nie zmrużyłem oka – tak cudowny był ten widok, tak czarująca muzyka wzajemnie zagłuszających się słowików i świerszczy, tak uderzający a nie usypiający zapach bogatej ziemi ukraińskiej, kwitnących krzewów i ziół, z górującym nad wszystkim jaśminem. Ledwo zaczęło świtać, a znikąd nic groźnego nie było widać ani słychać, posłałem po kuchnię i wóz furażowy, aby zaspokoić głód koni i ludzi. W spiekocie południa z trudnością znalazłem dość cienia, aby mój szwadron jakoś osłonić.
Po południu zameldowano mi o zbliżaniu się 14 pułku. Wyjechałem naprzeciw i po raz pierwszy miałem sposobność z bliska poznać legendarną już postać 36-letniego pułkownika Konstantego Plisowskiego, który tyle już zdziałał w wojsku polskim, nie mówiąc o poprzednich wyczynach w rosyjskim, za które otrzymał tak szybki awans i kilkakrotny krzyż św. Jerzego. Do I Korpusu W.P. w Bobrujsku przyprowadził szwadron ułanów polskich z Odessy, w zimie przez kraj wrogi, podminowany propagandą bolszewicką, czyhający na każdego żołnierza polskiego. Po kapitulacji Korpusu wobec Niemców, wyprowadził najbliższych sobie aż na Kubań i tam z istniejącego szwadronu polskiego zorganizował nowy pułk ułanów, którego obecnie był dowódcą. Pułk ten niezwłocznie po przybyciu do Polski przez Rumunię, okrył się chwałą w dwudniowej bitwie pod Jazłowcem, w której zniszczył brygadę piechoty ukraińskiej i walnie przyczynił się do zakończenia tej niepotrzebnej wojny domowej.
Pułkownik, jak każdy prawdziwy bohater był cichy, grzeczny, skromny; martwił się tylko losem nieszczęsnego Zaremby. Plisowskiego miałem wkrótce pokochać jak rodzonego ojca – a raczej jak mojego własnego pułkownika Brzezowskiego, mimo ogromnej różnicy w ich pochodzeniu, wychowaniu i sposobie bycia. Dzięki nienagannej postawie żołnierskiej i ludzkiej, byli mi oni obaj równie bliscy. Plisowski górował nad Brzezowskim wspaniałą taktyki kawaleryjskiej na stepach. Brzezowski zaś stał wyżej pod względem wyszkolenia, szczególnie jeździeckiego.
Dzień zaczął chylić się ku wieczorowi, 14 pułk dawno zniknął za horyzontem, a ja wciąż jeszcze z rosnącym niepokojem czekałem na Łukasiewicza. Nareszcie ujrzałem kolumnę jego szwadronu, maszerującą polną drogą na południowym horyzoncie. Kazałem Traczewskiemu odprowadzić szwadron do Taraszczy, a sam pojechałem do 1 szwadronu, aby z pierwszych ust usłyszeć, co zdziałał przez ostatnie 3 dni. Opowieść jego już przytoczyłem.
W tym majowym dniu, kiedy Łukasiewicz opowiadał mi swoje przygody, nie miałem wątpliwości, że otwiera się przed nami nowa era: nawrót do walk konnych na skalę, jakiej nie było nawet w 1914 roku. Mogła być rajem dla nas kawalerzystów, spragnionych wojny ruchowej po wieloletnim gniciu w okopach. Rzeczywistość okazała się twardsza i trudniejsza niż ją sobie wyobrażaliśmy…”

Kornel Krzeczunowicz – „Ostatnia kampania konna” – fragment
Avatar użytkownika
Staszek
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 169
Dołączył(a): 4 cze 2006, o 23:26
Lokalizacja: Ułan Księcia Józefa

Re: Wspomnienia

Postprzez Staszek » 17 cze 2010, o 20:10

Zawody pod nosem Konarmii

„…Nazajutrz po powrocie z Taraszczy (22 maja) spotkała nas miła niespodzianka. Kwaterujący w Siniawie – białocerkiewskiej cukrowni sprawnie zarządzanej przez dyrektora Polaka i spółdzielnię robotników – 1 pułk Ułanów Krechowieckich urządził zawody konne, na które zaprosił jako widzów wszystkich oficerów dywizji. Dowódca pułku nakazał pozostawienie po jednym oficerze na szwadron; wszyscy inni mieli gremialnie jechać konno do Siniawy. Widok jaki się nam przedstawił był zupełnie jak z bajki. Na placu sportowym cukrowni z trybunami, poustawiano nienaganne przeszkody i oficerowie krechowieckiego pułku rozpoczęli normalny konkurs na angielskich siodłach, jak za najlepszych pokojowych czasów – w chwili gdy niedaleko od nas lawina armii konnej szykowała się do ofensywy. Na taki luksus mógł sobie tylko ten pułk pozwolić. Ciągnął za sobą własny tabor prywatny, większy od przepisowego i posiadał wszystko co potrzebne do normalnego życia garnizonowego. Z zazdrością patrzyliśmy na ten piękny przez nas dawno zapomniany widok. Ostatnie zawody w pułku mieliśmy w czasie wypoczynku za frontem wiosną 1916 roku.
Przypadek zrządził, że nasz pułk nawet w tym dniu biernego przypatrywania się mógł się także odznaczyć. Pomijam niezbyt bojowy strój, który włożyliśmy w tym dniu, aby się czymś wyróżnić, długie po kostki spodnie do jazdy konnej, granatowe z lampasami, takie, jakie nosili ułani 1831 roku (osobiście założyłem monokl zamiast okularów!) – ale mam na myśli prawdziwy wyczyn jeździecki. Oto w czasie rozdawania nagród przez dowódcę dywizji i księżnę Franciszkę Woroniecką, niespodziewanie zajechał nasz oficer służbowy, na ciężko opakowanym siodle, przy szabli i pistolecie, groźny brodacz (pamiątka po niewoli rosyjskiej), ppor. Witold Lipowski z pilnymi rozkazami dla płk. Brzezowskiego. Zorientował się dojeżdżając do Siniawy jak przebiega parcours i zaraz po wręczeniu papierów ruszył w tak ciężkim uzbrojeniu na przeszkody. Zamarliśmy ze strachu, że nas skompromituje, ale Witold spisał się świetnie, ani razu nie zawadził i uzyskał ogólny aplauz. …”

Kornel Krzeczunowicz – „Ostatnia Kampania Konna” – fragment
Avatar użytkownika
Staszek
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 169
Dołączył(a): 4 cze 2006, o 23:26
Lokalizacja: Ułan Księcia Józefa

Re: Wspomnienia

Postprzez Staszek » 1 lip 2010, o 21:51

6 września 1920 roku:

"...Wyprawa Pinińskiego (zast.dow. 8PU) kończy się zabawnym nieporozumieniem. Dojeżdżając do kolumny 201 pułku z daleka woła: "Czy jest tu ktoś z oficerów?" Odpowiada mu głos żeński: "Jestem". Piniński powtarza swoje wezwanie i otrzymuje tę samą odpowiedź. Niezrażony służbista woła: "Dziękuję pani, czy mogę rozmawiać z oficerem?" "Tu podporucznik Bujwidówna" - odpowiada zniecierpliwiona amazonka, na co Piniński popełnia niewybaczalny nietakt: "Muszę rozmawiać z mężczyzną!" - woła i jedzie dalej, pozostawiając za sobą dozgonnego wroga..."

K.Krzeczunowicz - "Ostatnia kampania konna"
Avatar użytkownika
Staszek
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 169
Dołączył(a): 4 cze 2006, o 23:26
Lokalizacja: Ułan Księcia Józefa

Re: Wspomnienia

Postprzez Ułan świętokrzyski » 2 lip 2010, o 12:52

Brawo Staszek! Czytam to jednym tchem!
Avatar użytkownika
Ułan świętokrzyski
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 2634
Dołączył(a): 10 mar 2006, o 15:30

Re: Wspomnienia

Postprzez Staszek » 30 gru 2010, o 18:05

GARŚĆ WSPOMNIEŃ Z PRZESZŁOŚCI
(pisownia oryginalna)

„Nie wychylać się” to dobra stara zasada. Niestety ludzie często o tym zapominają. Tak też było i ze mną. Na „opłatku” Pułkowym i skromnym obchodzie 60-lecia odtworzenia 8 Pułku Ułanów księcia Józefa Poniatowskiego w wolnej Polsce (1978 – SJ), dałem się sprowokować i „wychyliłem się” t.zn. opowiedziałem dalsze wspomnienia z początków mej służby w pułku (pierwsze wspomnienia ukazały się w 1977 r. w broszurce 8 PU „Wspomnienia Ułańskie”). W następstwie tej gawędy obecni na tym zebraniu, zmusili mnie do obietnicy opisania tego. Rezultat to moje opowiadanie.

Wstąpiłem w listopadzie 1918 roku do oddziału ułanów tworzącego się w koszarach w Rakowicach w Krakowie. Byłem pierwszym ochotnikiem w tym oddziale, który wówczas się nazywał I-szym Pułkiem Ułanów Ziemi Krakowskiej. W początkowym okresie i barwy nasze były inne, a mianowicie amarantowe z żółtym paskiem pośrodku. Później dopiero zostaliśmy przemianowani na 8 Pułk Ułanów księcia Józefa Poniatowskiego i otrzymaliśmy pomarańczowe barwy. Zadanie moje jest dość trudne, bo cóż za wspomnienia może mieć tak zwany „zamazany rekrut”, którym wtedy byłem, no i czułem się. Słowa piosenki „Ułani, ułani malowane dzieci” w początkach mej służby w pułku wypadały krańcowo odmiennie. Niedopasowany, za duży mundur austryjacki z jakiejś pokrzywy, czy czegoś podobnego, wisiał na mnie jak na kołku. Ja, obmorusany od nieustannej obsługi 18 czy może i więcej zaparszywiałych koni (skąd to się wzięło nigdy się nie dowiedziałem), przytym ciągle biegający po stajni z t.zw. „szkopem”, by konie nie zanieczyszczały podściółki, której i tak ciągle było za mało, doprowadzało mnie nieraz do rozpaczy tak, że wieczorem p służbie zupełnie wykończony, często się zastanawiałem czy dobrze zrobiłem przenosząc się z piechoty do ułanów. To były najgorsze chwile w początkach mej służby w pułku.
Po przybyciu do Rakowic kadry i oddziałów z Olkusza (początek grudnia 1918 – SJ), gdy rozpoczęło się formowanie pułku i ja dostałem się do szwadronu karabinów maszynowych, wszystko się zaczęło zmieniać na lepsze. Naturalnie że było mi ciężko, bo mimo mego wysokiego wzrostu, jak na mój wiek, siodłanie konia i nakładanie juków pod k.m. wymagało dość dużego wysiłku. Muszę tu jednak podkreślić, że stosunek starych ułanów i podoficerów z armji austryjackiej, a zwłaszcza szefa szwadronu st.wach. Józefa Dzierży był więcej jak przyjazny. Może na to wpłynął częściowo fakt, że byłem w szwadronie jedynym ochotnikiem, czyli jak nas ułanów z cenzusem nazywano zamiast z austyjackiego „jednoroczny” „siedmioroczny”.

Wyjazd na front i mój pierwszy koń:

Szkolenie mnie szybko dawało rezultaty. Po wyjściu w styczniu na front wołyński II Dywizjonu rtm Stefana Dembińskiego, w którego skład i my weszliśmy, w lutym zostałem starszym ułanem, w kwietniu kapralem, a w końcu maja plutonowym. Pisząc o tych dawnych czasach muszę parę słów poświęcić memu pierwszemu koniowi. Jak on, a raczej ona się nazywała (była to klacz) nigdy nie pamiętałem i wątpię czy ktoś w szwadronie wiedział. Ktoś (może nawet ja sam) nazwał ją Pielucha i tak już została. Musiała mieć 10-12 lat, była gniada i była uosobieniem cierpliwości i wyrozumiałości. Wprost otaczała mnie swoją opieką. W akcjach II Dywizjonu w zimie 1919 roku z Kowla, gdzie zasadniczo stacjonowaliśmy, nieraz w nocy zatrzymywaliśmy się na parę godzin postoju. Wioski były popalone lub zupełnie zniszczone bombardowaniem z wojny światowej, więc nocowaliśmy pod gołym niebem, pod płotami albo resztkami ścian budynków. Pielucha kładła się na kocu, który jej podścielałem, a ja między jej nogami przytulony do podbrzusza. Tak było nam obojgu cieplej. Pielucha nigdy nawet mnie nie trąciła kopytem i wstawała dopiero gdy ja się podniosłem.



Przykre t i wstyd, ale Pielucha okazała się złodziejem – włamywaczem. A było to tak: Między akcjami jak już wspomniałem, stacjonowaliśmy w Kowlu w starych po kozackich stajniach. W czasie jednego z takich postojów ciągle z juczek przy siodłach zaczął ginąć chleb. Mimo wielkiego zżycia w szwadronie podejrzeń kto kradnie chleb nie było końca. Muszę tu jeszcze wspomnieć, że nie było takiego uwiązu by Pielucha w nocy z niego się nie uwolniła. Pewnej nocy dyżurny w stajni, który wyjątkowo nie drzemał usłyszał, że jakiś koń chodzi po chodniku i zobaczywszy Pieluchę zaczął ją obserwować. Ona podeszła do jednego z siodeł i jakimś sposobem zębami i wargami odpięła pokrywę juczek, wyciągnęła chleb i wzięła się do jedzenia go. Tajemnica kradzieży chleba się wyjaśniła. Od tego czasu nikt więcej chleba nie zostawiał na noc w stajni w juczkach. Moja Pielucha była wszystkożerna i jadła wszystko co jej dałem; szczególnie lubiała czarną kawę, taką z prasowanych kostek, naturalnie słodzoną. Gdy mnie zaczęto w szwadronie nabierać że jednak słoniny, którą nam dawano nie zje, po tygodniu doprowadziłem do tego, że słoninę zjadła. Czy jej to smakowało nigdy mi nie powiedziała – osobiście bardzo w to wątpię.

Zagon na Ołykę i niewola:

Teraz dla odmiany coś poważniejszego, a może smutnego. W zagonie 5 pułku ułanów na Ołykę, zdaje mi się 15-go maja 1919 roku, nasz szwadron brał udział przydzielony do tego pułku, bo oni jeszcze nie mieli swoich karabinów maszynowych. Gdy wyszło natarcie spieszonych szwadronów 5 pułku na stację kolejową w Ołyce, nasze karabiny maszynowe posuwały się w pierwszej linji nacierających skokami szwadronów. Nasi karabiniaże zdecydowali, że niema co padać i maszerowali pod ogniem aż do liziery lasu, do zajęcia stanowisk ogniowych. Uważali, że szkoda czasu na padanie, a co najważniejsze, że można sobie zawalać nasze austryjackie piękne brązowe kawaleryjskie płaszcze na tym podmokłym, a nawet bagnistym terenie. Tam też, pod Ołyką na rozkaz płka Sochaczewskiego, dowódcy 5 pułku ułanów, kryjąc wycofywanie się tegoż pułku po wykonaniu zadania, po wystrzeleniu całej amunicji karabinowej i nawet amunicji do naszych osobistych Mauzerów i obrzuceniu naszego stanowiska granatami, dostałem się z całą moją obsługą do niewoli ukraińskiej. Po różnych perypetjach i dołączeniu do naszej piątki dwu żołnierzy z jakiegoś pociągu pancernego (zdaje mi się „Piłsudczyka”) umieszczono nas w obozie dla internowanych cywilów w Strusowie pod Trembowlą.

Obóz mieścił się w dużym dworze i jego przybudówkach. Wszystko było kompletnie zniszczone, prawie nie było okien ani drzwi; warunki były okropne. Większość internowanych była tam od 4-5 miesięcy, albo chorych na tyfus, albo po tyfusie tak osłabieni, że ledwo się poruszali, a niektórzy nie byli w stanie podnieść się. Opieki lekarskiej żadnej, a jedyna siostra szpitalna nie była w możności udzielić jakiejś pomocy nie mając prawie żadnych leków. Wyżywienie było głodowe, czarna kawa rano i zupa, w której pływało parę krup z kawałkiem chleba, w południe i wieczorem. Po jedzenie trzeba było samemu przejść do kotła tak, że w obozie byli tacy którzy tylko okazyjnie dostawali jedzenie.

Po przyjściu do tego obozu z miejsca zorganizowaliśmy odżywianie chorych, lub nie mogących się poruszać. Każdy z nas z paru menażkami lub puszkami biegał po 3-4 razy po każde jedzenie i roznosiliśmy je po pokojach. Po paru dniach nastawienie straży obozowej się zmieniło, zaczęli nas odpędzać nahajami pozwalając na wzięcie tylko jednej porcji, aż wreszcie zupełnie przestali nam wydawać to tak zwane jedzenie. Zaczęliśmy słabnąć. Nie można było dłużej czekać, trzeba było próbować ucieczki tembardziej, że zdala słychać było odgłosy kanonady.

Ucieczka z niewoli:

Najbliższej więc nocy wszyscy siedmiu postanowiliśmy uciekać. Po unieszkodliwieniu wartownika za naszym budynkiem, przeleźliśmy przez płot z drutów kolczastych, poranieni i pokrwawieni, bo nam odebrano buty i większość umundurowania. Narobiliśmy przytym strasznego hałasu, bo jako sygnałów alarmowych Ukraińcy używali puszek z konserw przewieszonych na drutach. Gdy naraz wszyscy siedmiu zaczęliśmy się drapać na te druty, hałas dokoła obozu zrobił się taki, że wartownicy nie mieli pojęcia ilu i gdzie ucieka i strzelaniem na wszystkie strony jeszcze spotęgowali zamieszanie. Przebrnąwszy przez druty, park, rzeczkę, polami dopadliśmy lasu. W czasie naszej dalszej ucieczki napadliśmy na dwóch żandarmów ukraińskich, związali ich i rozbroili. Teraz mieliśmy dwa karabiny i trochę umundurowania. Wędrując dalej natknęliśmy się na nagonkę żołnierzy ukraińskich wzmocnioną chłopami. Zaczęliśmy uciekać do pobliskiego lasu i dalej w głąb. Nagle natknęliśmy się na płot z desek okalający zwierzyniec, jakieś trzy metry wysoki. Jak to zrobiłem niewiem, ale od razu znalazłem się po drugiej stronie płotu. Sądzę, że wtedy nieoficjalnie pobiłem rekord świata w skoku w zwyż. Wszyscy moi towarzysze też jakoś się przegramolili przez ten płot. Okazuje się, że strach ma nie tylko wielkie oczy, ale i długie nogi. Po dwu czy trzech dniach wędrówki dobrnęliśmy do Kopyczyniec, gdzie natknęliśmy się na oddział Rotmistrza Abrahama. Stąd zostaliśmy odesłani, już podwodami, do Stacji Zbornej, ja na moje usilne nalegania zostałem odesłany do pułku, a moi towarzysze do Kadry pułku w Krakowie. Po przybyciu do mego szwadronu ze zdziwieniem dowiedziałem się, że już nie jestem kapralem a „panem plutonowym”, bo za akcję pod Ołyką „zaocznie” dostałem awans i zostałem podany do odznaczenia Krzyżem Walecznych (który później został mi nadany). Mój pobyt w pułku nie trwał jednak długo. W pierwszej naszej akcji strzelając z karabinu maszynowego zemdlałem. Dowódca szwadronu uznał że jestem zbyt wyczerpany moimi przeżyciami i wysłał mnie na urlop do Krakowa. Przyjechałem tam już pół przytomny i zaraz zostałem zabrany do szpitala gdzie się okazało, że mam tyfus brzuszny. Ciekawe, że ja jeden z mojej obsługi k.m. nabawiłem się w Strusowie tyfusu. Dziwnym zbiegiem okoliczności kampanię Wrześniową w 1939 roku odbyłem w 5 pułku Ułanów Pasławskich jako dowódca szwadronu karabinów maszynowych i działek p-panc., tego szwadronu, którego było im brak pod Ołyką w 1919 roku.

St. Wachmistrz Józef Dzierża i inni:

Na zakończenie mych wspomnień pragnąłbym poświęcić parę słów naszym Podoficerom. W czasie mej służby wojskowej miałem do czynienia i poznałem wielu podoficerów, muszę jednak stwierdzić, że Korpus Podoficerski naszego pułku był wprost wspaniały. Chcę tu szczególnie wymienić st.wachm. Józefa Dzierżę, szefa szwadronu c.k.m. Gdy zostałem przydzielony do formującego się szwadronu c.k.m., On mnie szkolił, zrobił ze mnie ułana, a później podoficera. W roku 1928 objąłem dowództwo szwadronu od rtm Słowińskiego i tenże st.wachm. J.Dzierża był szefem mego szwadronu. Zawsze byłem zapraszany do Niego na Święta i rodzinne rocznice. Prosiłem go i nalegałem by mi w domu, gdy jestem u Niego prywatnie, mówił po imieniu tłumacząc, że przecież tym czym jestem Jemu w pierwszym rzędzie mam do zawdzięczenia. Wszystko na próżno, odpowiedź zawsze była ta sama: „tak jest Panie Poruczniku”. Raz nawet w przystępie poufałości (co mu się bardzo rzadko zdarzało), wyraził się do rtm Szawłowskiego, który jako porucznik był moim młodszym oficerem, „jak ten nasz dowódca szwadronu sobie wyobraża, że ja mogę do niego mówić po imieniu”. Nie On jeden był tak nastawiony, to już było u Nich we krwi.

Tu w Londynie dobrze znaliśmy chorążego K.S. Byłem z Nim na serdecznej stopie i jako posiadaczowi Odznaki Pułkowej mówiłem do niego po imieniu prosząc, by również tak do mnie mówił, lecz bez skutku. Raz nawet podobno się wyraził: „śmieszny jest ten rtm Jacyna, jak ja mogę do niego mówić ty lub po imieniu, przecież on zawsze będzie dla mnie moim oficerem i dowódcą szwadronu, jakim go znałem”.

Wszystko to już dawne czasy, część historii pułku. Nieraz gdy to wspominam, zastanawiam się czy to nie był sen, czy to rzeczywiście tak było i ja to przeżywałem?
Zdaje się jednak, że to prawda, że to wszystko kiedyś było.


Wspomnienia Janusza Onyszkiewicza – Jacyny zamieszczone w „Księdze 200-lecia Ułanów Księcia Józefa” K. Krzeczunowicza
Avatar użytkownika
Staszek
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 169
Dołączył(a): 4 cze 2006, o 23:26
Lokalizacja: Ułan Księcia Józefa

Re: Wspomnienia

Postprzez Piotr Walter » 26 kwi 2011, o 11:17

http://www2.polskieradio.pl/wojna/poslu ... id=9#start

Kapitalna strona z wspomnieniami, kto nie zna polecam...
Pozdrawiam
Avatar użytkownika
Piotr Walter
Ułan VI
Ułan VI
 
Posty: 825
Dołączył(a): 12 lis 2010, o 22:07
Lokalizacja: 15 Pułk Ułanów Poznańskich- Górka k. Poznania

Poprzednia strona

Powrót do Historia Kawalerii

Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości

Tablice Ramki Reklamowe Aluminiowe Plastikowe, Agencja Fine, Staropolska, Projekty Domów Drewnianych, Projekty Domów Drewnianych, Producent Kopert, Koperty, Ramki Aluminiowe, Stojaki na foldery, Ramki Plastikowe, Stojaki z plexi, Ramki Reklamowe, Stojaki Plakatowe, Potykacze, stojaki, tablice, ramki, akcesoria reklamowe, Stojaki i tablice przymykowe, Tablice przymykowe OWZ, Stojaki Typu A Potykacze, ¦ciana prezentacyjna, Stojaki plakatowe, Stojaki plakatowe niskie, Stojaczki plakatowe, Stojaki plakatowe Wysokie, Stojaki na plakat i foldery Niskie, Stojaki na plakat i foldery Wysokie, Ramki reklamowe, Ramki sprężynkowe, Ramki aluminiowe, Ramki plastikowe, Stojaki i wieszaki na foldery, Wieszaki na foldery, Stojaki na foldery Niskie, Stojaki na foldery Wysokie, Wyroby z PCV i plexi, Stojaki i tabliczki z plexi, Kieszenie plakatowe z PCV bezbarwnego, Akcesoria reklamowe, Informacja przydrzwiowa,